Zaznacz stronę

W tym roku w Karpaczu byłam już po raz drugi …. i moja miłość od pierwszego wejrzenia trwa nadal. Tym razem eksplorować Karpacz wyruszyłam z Justyną i Robertem. Zdecydowaliśmy się na szybki, czterodniowy wypad (piątek przyjazd, poniedziałek wyjazd).

Dla mnie Karpacz to miasteczko „z klimatem”, do którego nie dotarł jeszcze zakopiański tłum. Urokliwe miasteczko, knajpki z miłą obsługą, deptak i oczywiście piękne góry dla niewymagających, w tle.

 

 

W niedzielę pomknęliśmy do Szklarskiej Poręby zdobywać Szrenicę! Po drodze oczywiście obowiązkowa wizyta przy wodospadzie Kamieńczyk, potem prosto w górę i Szrenica wita!!! Ze swoją ciszą, która pozwala podziwiać naprawdę nieziemskie widoki. Można siedzieć, pić herbatkę (dla wybredniejszych niech będzie schłodzone piwko) i patrzeć, patrzeć, patrzeć….. Ze Szrenicy schodziliśmy szlakiem zielonym (uwielbiam ten szlak z wybudowanymi wcale nie tak dawno drewnianymi pomostami) do Schroniska Pod Łabskim Szczytem a potem już tylko w dół … i cały dzień minął nam na podziwianiu widoków, rozmowach i grze w „Czarne Historie” – polecam!!!

W poniedziałek szybkie pakowanie i powrót. Ale żeby nie było zbyt łatwo i szybko, postanowiliśmy jeszcze zobaczyć na własne oczy jak dziś wygląda Zamek Książ. Robert i ja nie byliśmy tu nigdy, natomiast Justynka była w Książu jeszcze ze swoimi rodzicami w głębokich latach 80-tych. I dla niej to był taki swoisty powrót do przeszłości, który wcale nie zawiódł!!! Na nas, zwykłych podróżnikach, Książ zrobił ogromne wrażenie. Zamek zwiedziliśmy z przesympatyczną panią przewodnik, która jak z kapelusza wyciągała ciekawostki z życia zamku i potrafiła nie zanudzić grupy na śmierć;), potem jeszcze pyszny obiadek w Restauracji przy Oślej Bramie i już.

A góry są piękne.

My, w sobotę „zaliczyliśmy” Śnieżkę. Zdecydowaliśmy, że nie będziemy wchodzić na szczyt na pieszo, a postoimy w długaśnej kolejce (staliśmy godzinkę), wjedziemy na Kopę krzesełkiem (niepowtarzalna okazja do wjechania po raz ostatni zabytkową, jednoosobową, krzesełkową koleją, która pamięta lata 50-te. Z tego co widzieliśmy z góry, to rozpoczęła się budowa zupełnie nowego wyciągu i za rok na Kopę pomkniemy ultranowoczesną i ultraszybką kolejka czteroosobowa). A szkoda bo ta, która jest ma w sobie urok lat minionych – pewnie inaczej patrzą na to narciarze;).

Przed zdobyciem Śnieżki obowiązkowa jest wizyta w Domu Śląskim. Nie ma to jak herbatka (najlepiej z małym ”kopem”) pita w pełnym słońcu na ławach poustawianych przed schroniskiem. Jak mówi klasyk „aż chce się ż”;). Potem mała wspinaczka i jesteśmy na Śnieżce…. widoki…. bezcenne.

Potem przyjemna, niebieska trasa do kultowej Samotni, ze Strzechą Akademicką po drodze i długaśny powrót do Karpacza. W Samotni zatrzymaliśmy się na dłużej i zjedliśmy pyszny obiad. Ja nie mogłam sobie odmówić pierogów ruskich, te uwielbiam zawsze i niezmiennie od lat. Na każdej wyprawie muszę zjeść ruskie. Te w Samotni może nie należały do najwybitniejszych zjedzonych w moim życiu, ale świeże powietrze, góry, widoki i atmosfera schroniska zrobiły resztę …. Było pysznie!

 

Wrażenia po wyjeździe???

Polecam wszystkim tym, którzy chcą złapać chwilę oddechu od codzienności. Pakujcie walizkę, rezerwujcie pokój i jedzcie do Karpacza. Tu na nudę nie ma czasu! I warunek konieczny!!! Pojedźcie ze sprawdzonymi przyjaciółmi – przygoda i dobra zabawa gwarantowane!!!

Aaaa i jeszcze zapomniałam dodać, że w Karpaczu trafiliśmy na coroczny zjazd fanów Harleya Dawidssona… tylu motorów w jednym mieście i tylu fanów motocykli nie widziałam!!! I nie zdawałam sobie sprawy, że motor to nie tylko przyjemna jazda ale cała subkultura. Motocykle i cały osprzęt do nich, motocykliście i ich tatuaże, ubrania, akcesoria!!! To się może podobać!!! Był ryk silników, była głośna muzyka, był fun.

Share This